No dobrze, trzeba powiedzieć po co to wszystko. Otóż będę pisał powieść, fantastyczno-przygodową. Żadne tam natchnione kawałki o życiu, czy poetyckie próby ujęcia zjawisk, które z poezją niewiele mają wspólnego, ot po prostu, historia dobra do poczytana, taka z wciągającą fabułą i pełnokrwistymi bohaterami. Niewiele, a zarazem bardzo wiele. Nie wiem, czy nie zbyt wiele, ale to oczywiście wyjdzie w tak zwanym międzyczasie, lub praniu, co kto woli.
Warto by na sam pierw wyłożyć karty, bo nie jest tak, że nie mam nic, poza dobrymi chęciami i naiwną wiarą w zdobycie sławy, pieniędzy i podziwu pięknych kobiet. No, tak źle nie jest. Wprost przeciwnie. Śmiało mogę powiedzieć; jest dobrze! Mam już kilka z rzeczy, które dla dobrej powieści wydają się być nie mniej warte, niż samo jej napisanie. No, a przynajmniej tak zaświadcza ten wewnętrzny głos, który za całe zamieszanie jest odpowiedzialny. Wierzyć mu, czy nie, to już inna sprawa. Ja zakładam, że ma racje. W innym wypadku chyba nigdy nie ośmieliłbym się siąść do klawiatury. Przedstawmy zatem sobie, z czym do zawodów staję.
Pomysł, a w zasadzie pomysły. To jest taka baza wyjściowa, ziarno, z którego ma szansę coś wyrosnąć, oczywiście jeśli nie zapomnimy o regularnym podlewaniu i akuratnej ekspozycji słonecznej. Bez tego jednak ani rusz. Bez pomysłu nie stworzysz nic, nie ruszysz z miejsca, bez pomysłu zostaje nam jedynie czyste rzemiosło, a czymże ono jest? Hmm, może lepiej nie odpowiadać na to pytanie.
Zatem pomysły. A wśród nich trzy kategorie; bohaterowie, świat i fabuła. Nie wiedzę sensu dzielenia ich na nic ponad to. Każdy z pomysłów da się wrzucić do jednego z takich worków. Wrzucam sobie zatem, pomału, wszystko to, co wydaje mi się pasować do tego jednego, głównego pomysłu.
Jest bowiem pomysł główny, nadrzędny, o nim w zasadzie powinienem wspomnieć na wstępie. Ale nic, wspominam teraz. Uwaga, proszę państwa, oto pomysł główny, czyli tak zwane „o czym to ma być”! Ta-dam!
No dobrze, to oczywiście mam. Pomysł prosty jak kawał drutu, ale wszelka mądrość uczy, że większość historii da się streścić w dwóch zdaniach. Ikoniczny przykład „Władca pierścieni”, czyli, cytuję z pamięci za kimś mądrym, lecz kogo nie pomnę; historia o tym jak Frodo idzie przez Śródziemie, aby wrzucić do wulkanu mały element biżuterii. Ot i prawda. Moja za to historia będzie o tym, jak… ale, ale nie wybiegajmy przed szereg. Ważne, że pomysł mam. Na razie starczy tyle.
Dochodzimy tu do momentu, gdzie zamiast zmierzać do meritum, zmuszony jestem zagłębić się w dygresję. Niestety, lecz obiecuje, że zajmie to chwilkę.
Jakkolwiek powyższe opisanie przytoczonego przykładu jest trafne i zabawne, to nie da się ukryć, iż jest tam coś jeszcze, a nawet wiele. Oto bowiem autor obkleił durny w swej prostocie pomysł, pomysłem innego rodzaju, czyli „o czym to jest nie tak wprost, jakby chłopu opowiadać, lecz jaka jest dzieła wymowa, lub też jakie struny duszy dotknie dzieło u wrażliwego odbiorcy”. Słowem, o czym to jest, tylko tak naprawdę. We „Władcy…” bohaterowie oczywiście ratują świat (tylko ci dobrzy, gdyż ci źli wprost przeciwnie), co wznosi błahą czynność na Olimp heroicznych czynów. U mnie, no, ech… aż tak dobrze nie ma. To znaczy pomysł jest, lecz raczej nie z kategorii tych „wielkich i wspaniałych”. Zresztą więcej o tym będzie można napisać przy okazji jednej z istotniejszych kwestii, za jaką mam motywację bohatera. Na razie starczyć musi tyle, że nad pomysłem głównym jest coś jeszcze.
No i oczywiście nie przyrównuje się do Tolkiena (jakby to komuś z powyższego mogło się wydać), po prostu to najbardziej podręczny przykład.
Mamy zatem pomysł o czym to będzie, oraz pomysł o czym to będzie tak naprawdę, a poza tym trzy worki z pomniejszymi pomysłami. Jak się rzekło; świat, bohaterowie, fabuła. Nie jestem przekonany, czy którykolwiek z tych worków powinien brać w swych rozmiarach górę nad innymi, ale zdaje się, że zasada złotego środka powinna przedstawiać się wdzięcznie także w tym przypadku. Ergo; ciekawie zarysowane postacie powinny zmagać się z zajmującymi problemami w okolicznościach interesującej przyrody. I oto co następuje;
a) świat – cóż, malować by można w tym temacie szeroko i z rozmachem, ale nie chcąc bawić się w niczemu nie służące „światotworzenie”, oparłem się na kilku sprawdzonych schematach, dodając od siebie ledwie garść drogich przypraw. Jeśli chcieć tym ukontentować podniebienie, a nie wykarmić tymen amitrajskiej piechoty, winno wystarczać. Zresztą co tu gadać, wiem, że wystarczy.
b) bohaterowie – ot i temat. Tu w zasadzie malować można jeszcze szerzej i wyznam wprost – o to Polska walczyła! Bohaterów mam (w znakomitej większości) i teraz skupić się wystarczy na ich upiększaniu. Choć raczej odwrotnie – na ich szkalowaniu. Dobry bohater to bowiem taki, który z jednej strony jest piękny, a z drugiej szkaradny. No, ale to chyba wiedzą wszystkie krasnale. Suma summarum, ten worek jest zacnych rozmiarów i chyba jeszcze urośnie.
c) fabuła – no i zaczynają się schody. Fabuła to jest w zasadzie ten najgłówniejszy pomysł, z cyklu „o czym to będzie”, ale nie tylko, bo zawiera się w nim także cała masa tego, o czym dzieło „nie będzie”, lecz „będzie tak naprawdę”. Słowem, skomplikowana sprawa. Wyznam bez bólu, że ten worek posiada na dzień dzisiejszy ledwie zakryte dno, ale nie ma co rąk załamywać, gdyż znajduje się w nim rzecz arcyważna. Zawiązanie akcji. I to nie byle jakie, tylko takie z przytupem, a przynajmniej takie, które mi się podoba. Poza tym trudno budować fabułę, gdy bohaterowie jeszcze nie gotowi. Przyjdzie czas i na nią. Z pewnością.
To by było na tyle. Tyle pomysłów oczywiście. Jest poza tym jeszcze jeden worek, o którym jako natura chaotyczna oczywiście wpierw nie wspomniałem, i wypełnia się on wcale dobrze. To worek z napisem „różne”, to znaczy część ze zbierających się tam pomysłów rozejdzie się potem po pozostałych workach, a część, no cóż… sam nie wiem co się z nimi stanie. Rozejdą się w powietrzu poprzez osmozę?! Tylko co to jest osmoza?
Ech, może kiedyś wymyślę, co się z nimi dzieje.
czwartek, 24 października 2013
poniedziałek, 21 października 2013
Powroty
Jest nie raz tak, że nie można dla własnej twórczości zrobić nic lepszego, jak tylko o niej zapomnieć i przez pewien czas nie zajmować się nią zupełnie. Znajdą się przecież inne rzeczy do roboty; piłka, ryby, filmy, dzieci, praca, szkoła, o każdej porze dnia i nocy czeka na nas masa fantastycznych zajęć, które skutecznie wypełnią głowę nie pozostawiając ani odrobiny miejsca dla fantazjowania o efemerydach typu literatura. I dobrze. Kto by chciał się tym zajmować? Pisanie, do diabła, jakaś moda się ostatnio zrobiła, wszyscy piszą i piszą, i jeszcze się wydają! Sami siebie! Obłęd. Lepiej sobie odpuścić, zostawić, nie interesować się. Nie ślęczeć przed monitorem, nie wertować książek, nie zastanawiać się. Nie męczyć, czy to aby dobre. Kapusty z tego i tak nie będzie, a i samozadowolenie jakieś takie niepewne. Zatem po co? Po nic. Lepiej piłka, ryby, filmy, dzieci i jakoś nam to życie leci.
Tyle, że najfajniejsze jest, jak po jakimś czasie wewnątrz człowieka włącza się pompa. Takie urządzenie, które zaczyna ssać i ssać, pomalutku, lecz nieubłaganie. Po jakimś czasie to ssanie sprawia, że rzeczy, które przedtem zdawały się być bure i chropowate, teraz jasno i wyraźnie stoją przed tobą proste i błyszczące, niczym arkusz cynkowanej blachy. No i wiadomo co się dzieje, nie pierwszy to przecież raz i pewnie nie ostatni. Nadchodzi chwila. Ta chwila, gdy wszystko inne chce się najnormalniej w świecie rzucić, siąść do klawiatury i tylko pisać, pisać, pisać. Nic więcej. Tylko pisać. I to jest najwspanialsze. Głód, który wymaga zaspokojenia.
No dobrze, może o drobinę przesadzam, gdyż życie codzienne dalekie jest to tego typu pseudoromantycznych uniesień, ale coś w tym jest. Jakieś małe ziarnko prawdy, drobna iskierka. No, a przynajmniej warto nauczyć się, że jak nie idzie, to lepiej odpuścić. Jak przychodzi z pisania jeno nerw i utrapienie, lepiej zająć się czymś innym, bardziej przyziemnym, może tymi rybami, bo tamto wróci. Zawsze wraca. Nie dziś, to jutro, nie za tydzień, to za miesiąc. Uparte bydle. Wróci, bo siedzi w człowieku głęboko, bardzo głęboko. A jak już wróci, to okaże się, że jest lepsze, kształtniejsze i jakieś takie bardziej gramotne. No i to samozadowolenie wtedy jakby pełniejsze, bo kapusty jak nie było, tak niema i za diabła nie będzie. Ale to ona najważniejsza, ta satysfakcja. Świadomość, że napisało się dobrą historię, taką, którą chciałoby się przeczytać pod ciepłym kocykiem w długą zimową noc, z parującym kubeczkiem herbaty w pobliżu. No bo cóż ponad radości, że zmyśleni bohaterowie zaludniają te zmyślone krainy, i że zmyślone motywacje pchają ich do odgrywania tych zmyślonych scen? Nic, bo to nasze sceny. I nasi bohaterowie.
Reasumując powyższe pierdzielenie; bloga zakładałem już kilka razy, ale co szkodzi założyć raz jeszcze? Wracam do pisania z pomysłem i chęciami, no bo tak po prostu od czasu do czasu trzeba zrobić. Wrócić po przerwie i znów czuć radochę z tego, że spod klawiatury wychodzi fajna scena. Chyba nie jestem w tej radości odosobniony? Ech... wiem, że nie jestem.
Tyle, że najfajniejsze jest, jak po jakimś czasie wewnątrz człowieka włącza się pompa. Takie urządzenie, które zaczyna ssać i ssać, pomalutku, lecz nieubłaganie. Po jakimś czasie to ssanie sprawia, że rzeczy, które przedtem zdawały się być bure i chropowate, teraz jasno i wyraźnie stoją przed tobą proste i błyszczące, niczym arkusz cynkowanej blachy. No i wiadomo co się dzieje, nie pierwszy to przecież raz i pewnie nie ostatni. Nadchodzi chwila. Ta chwila, gdy wszystko inne chce się najnormalniej w świecie rzucić, siąść do klawiatury i tylko pisać, pisać, pisać. Nic więcej. Tylko pisać. I to jest najwspanialsze. Głód, który wymaga zaspokojenia.
No dobrze, może o drobinę przesadzam, gdyż życie codzienne dalekie jest to tego typu pseudoromantycznych uniesień, ale coś w tym jest. Jakieś małe ziarnko prawdy, drobna iskierka. No, a przynajmniej warto nauczyć się, że jak nie idzie, to lepiej odpuścić. Jak przychodzi z pisania jeno nerw i utrapienie, lepiej zająć się czymś innym, bardziej przyziemnym, może tymi rybami, bo tamto wróci. Zawsze wraca. Nie dziś, to jutro, nie za tydzień, to za miesiąc. Uparte bydle. Wróci, bo siedzi w człowieku głęboko, bardzo głęboko. A jak już wróci, to okaże się, że jest lepsze, kształtniejsze i jakieś takie bardziej gramotne. No i to samozadowolenie wtedy jakby pełniejsze, bo kapusty jak nie było, tak niema i za diabła nie będzie. Ale to ona najważniejsza, ta satysfakcja. Świadomość, że napisało się dobrą historię, taką, którą chciałoby się przeczytać pod ciepłym kocykiem w długą zimową noc, z parującym kubeczkiem herbaty w pobliżu. No bo cóż ponad radości, że zmyśleni bohaterowie zaludniają te zmyślone krainy, i że zmyślone motywacje pchają ich do odgrywania tych zmyślonych scen? Nic, bo to nasze sceny. I nasi bohaterowie.
Reasumując powyższe pierdzielenie; bloga zakładałem już kilka razy, ale co szkodzi założyć raz jeszcze? Wracam do pisania z pomysłem i chęciami, no bo tak po prostu od czasu do czasu trzeba zrobić. Wrócić po przerwie i znów czuć radochę z tego, że spod klawiatury wychodzi fajna scena. Chyba nie jestem w tej radości odosobniony? Ech... wiem, że nie jestem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)