Jest nie raz tak, że nie można dla własnej twórczości zrobić nic lepszego, jak tylko o niej zapomnieć i przez pewien czas nie zajmować się nią zupełnie. Znajdą się przecież inne rzeczy do roboty; piłka, ryby, filmy, dzieci, praca, szkoła, o każdej porze dnia i nocy czeka na nas masa fantastycznych zajęć, które skutecznie wypełnią głowę nie pozostawiając ani odrobiny miejsca dla fantazjowania o efemerydach typu literatura. I dobrze. Kto by chciał się tym zajmować? Pisanie, do diabła, jakaś moda się ostatnio zrobiła, wszyscy piszą i piszą, i jeszcze się wydają! Sami siebie! Obłęd. Lepiej sobie odpuścić, zostawić, nie interesować się. Nie ślęczeć przed monitorem, nie wertować książek, nie zastanawiać się. Nie męczyć, czy to aby dobre. Kapusty z tego i tak nie będzie, a i samozadowolenie jakieś takie niepewne. Zatem po co? Po nic. Lepiej piłka, ryby, filmy, dzieci i jakoś nam to życie leci.
Tyle, że najfajniejsze jest, jak po jakimś czasie wewnątrz człowieka włącza się pompa. Takie urządzenie, które zaczyna ssać i ssać, pomalutku, lecz nieubłaganie. Po jakimś czasie to ssanie sprawia, że rzeczy, które przedtem zdawały się być bure i chropowate, teraz jasno i wyraźnie stoją przed tobą proste i błyszczące, niczym arkusz cynkowanej blachy. No i wiadomo co się dzieje, nie pierwszy to przecież raz i pewnie nie ostatni. Nadchodzi chwila. Ta chwila, gdy wszystko inne chce się najnormalniej w świecie rzucić, siąść do klawiatury i tylko pisać, pisać, pisać. Nic więcej. Tylko pisać. I to jest najwspanialsze. Głód, który wymaga zaspokojenia.
No dobrze, może o drobinę przesadzam, gdyż życie codzienne dalekie jest to tego typu pseudoromantycznych uniesień, ale coś w tym jest. Jakieś małe ziarnko prawdy, drobna iskierka. No, a przynajmniej warto nauczyć się, że jak nie idzie, to lepiej odpuścić. Jak przychodzi z pisania jeno nerw i utrapienie, lepiej zająć się czymś innym, bardziej przyziemnym, może tymi rybami, bo tamto wróci. Zawsze wraca. Nie dziś, to jutro, nie za tydzień, to za miesiąc. Uparte bydle. Wróci, bo siedzi w człowieku głęboko, bardzo głęboko. A jak już wróci, to okaże się, że jest lepsze, kształtniejsze i jakieś takie bardziej gramotne. No i to samozadowolenie wtedy jakby pełniejsze, bo kapusty jak nie było, tak niema i za diabła nie będzie. Ale to ona najważniejsza, ta satysfakcja. Świadomość, że napisało się dobrą historię, taką, którą chciałoby się przeczytać pod ciepłym kocykiem w długą zimową noc, z parującym kubeczkiem herbaty w pobliżu. No bo cóż ponad radości, że zmyśleni bohaterowie zaludniają te zmyślone krainy, i że zmyślone motywacje pchają ich do odgrywania tych zmyślonych scen? Nic, bo to nasze sceny. I nasi bohaterowie.
Reasumując powyższe pierdzielenie; bloga zakładałem już kilka razy, ale co szkodzi założyć raz jeszcze? Wracam do pisania z pomysłem i chęciami, no bo tak po prostu od czasu do czasu trzeba zrobić. Wrócić po przerwie i znów czuć radochę z tego, że spod klawiatury wychodzi fajna scena. Chyba nie jestem w tej radości odosobniony? Ech... wiem, że nie jestem.
poniedziałek, 21 października 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz